Zaginione miasto

Bohaterowie trafiają na trop skarbu ukrytego gdzieś w pozostałościach tajemniczego Zaginionego Miasta. Uczestniczą w sensacyjnych wydarzeniach w Miami, zdobywają ukrytą mapę i organizują ekspedycję do miejsca, w którym od bardzo dawna nie stanęła stopa człowieka. Jednak nie tylko bohaterom zależy na odnalezieniu skarbu - przeciwnicy również pożądają sekretów zamkniętych w niedostępnej świątyni. Wszyscy poszukiwacze będą musieli przejść przez zielone piekło i stawić czoła niebezpieczeństwom neodżungli. Na tych, którzy przetrwają czeka nagroda.

W przygodzie występują: naziści, sekretne kulty, dzicy ludzie, piękne acz złe kobiety, kobiety piękne i dobre, wynajęte zbiry, dwulicowi sprzymierzeńcy, mutanci, roślinne twory, bohaterowie, łotry, dziwne zwierzęta, bossowie, popychadła bossów, mędrcy i głupcy. Nie zabraknie pościgów, ucieczek, tajemnic sprzed dziesięcioleci, zaskakujących zwrotów akcji, map jawnych i tajnych, technologii, magii, strzelanin, męskich rozmów przy jajecznicy, trudnych i łatwych zagadek, a przede wszystkim przygód rodem z filmów o Indiana Jonesie.

System

  • System RPG: Neuroshima 1.5
  • Modyfikacje systemu/settingu/mechaniki: chrom, bez reputacji, dodatkowe typy amunicji (HP & AP)

Terminy i info

  • Termin następnej sesji: 11 grudnia 2018, 18:30-21:30
  • Miejsce następnej sesji: roll20
  • Regularność spotkań: co 2 tygodnie we wtorki 18:30-21:30, zaczynając od 27 listopada 2018
  • Gdzie koordynowane/metoda kontaktu: forum gry na roll20

Gracze i postacie

  • Mistrz gry: Cyber Killer
  • Limit graczy: 2/4
  • Grają:
    • Lacky - Jules - monter z posterunku
    • Lombardo - Vincent - tropiciel z apallachów
    • 2M1R - James O'Connor - mafiozo z vegas
    • Bujas - Axel - najemnik z południowej hegemonii
    • Silnik - Luke - szaman z vegas

Zapis wydarzeń z sesji

Sesja z dnia 2015-11-18

Opowiadanie o settingu i mechanice, tworzenie postaci.

Sesja z dnia 2015-11-25

Kontynuacja tworzenia postaci.

Sesja z dnia 2015-11-30

Opis by Lacky

Nie było jeszcze południa, a już było wyraźnie cieplej niż podczas reszty drogi. Jest to wyraźny znak, iż zbliżamy się do Miami. Vincent bawił się swoją bronią siedząc na tej skrzynie, która była głównym powodem naszego wyjazdu do Miami. W tej poskręcanej ze sobą kupie starych desek z pomiędzy których wylatywały trociny znajdowała się jakaś statuetka, którą mieliśmy dostarczyć jakiemuś kolekcjonerowi z Miami. Gość musi mieć gambli niczym Indianie mieszkający na pustyni piasku skoro każdy z naszej trójki ma dostać nagrodę o równowartości 500 gambli. Żeby to jeszcze była jakaś broń, leki, technologia sprzed wojny, ale to jest prawdopodobnie tylko kawałek jebanego kamienia, który ktoś przerobił na ładniejszy kamień i poza zbieraniem kurzu nie pełni żadnej funkcji. Wariat albo ekscentryk, który dorobił się tyle gambli, że już nie ma co z nimi robić, bo inaczej nie potrafię sobie tego wytłumaczyć.

Tachanie tej skrzyni na piechotę do Miami byłoby co najmniej głupotą, więc zawarliśmy umowę z karawaną. Oni mają naszą ochronę, a my w zamian mamy tańszy transport i co najważniejsze siedzimy sobie teraz wygodnie z tyłu ciężarówki zamiast ręcznie ciągnąć ten szmelc za sobą. Na szczęście nie kazali nam pokazywać ile mamy amunicji, bo wyszłoby iż większy potencjał bojowy ma jeden nieuzbrojony Indianin niż nasza trójka.

Nagle karawana stanęła. Ktoś z przodu krzyknął, iż jest blokada na drodze i trzeba ją przepchnąć. Najmniej ten pomysł podobał się Johnowi, który kończył układać kolejnego pasjansa. Podobno w czasach z przed wojny była to rozrywka godna państwowych urzędników, ale osobiście nie widzę w tym nic nadzwyczajnego. Naszym oczom ukazała się grupa starych samochodów zostawionych tak po prostu na środku drogi. Każdy wyczuwał, iż coś tu nie gra i wzięliśmy na wszelki wypadek ze sobą broń. Oprócz naszej trójki do pomocy przyłączyła się dwójka ochroniarzy, która regularnie podróżowała z tą karawaną. gdy tylko podeszliśmy do wraków z ukrycia wyszło czterech drabów. Złożyli nam jedną z tych propozycji, których teoretycznie nie powinno się odrzucać: „Zostawcie cały swój towar, a być może pozwolimy wam żyć”. Szef karawany rzucił standardową formułę na tego typu propozycje: „No chyba cie pojebało”. Dla nas oznaczało to tylko jedno.

Ruszyłem od lewej strony, John trzymał się środka, a Vincent prawej strony. Kawałek za Vincentem ruszyło dwóch ochroniarzy. Ponieważ Vincent był najbardziej odsłonięty to w niego posypały się pierwsze strzały na szczęście nie celne. Zdaje się również, iż któremuś z nich zacięła się broń, bo widzę, iż siłuje się przez chwilę ze swoim samopałem za samochodem. Chcąc pomóc Vincentowi strzał oddał John, ale nie dość, iż spudłował, to przypomniał sobie dopiero teraz, że to był jego jedyny pocisk. Ochroniarze również odpowiedzieli ogniem, ale tylko jeden trafił, bo drugiemu zacięła się broń. Zdaję się również, iż ostatnią amunicję wystrzelił również Vincent, ale nie trafił. Słyszałem z drugiej strony jego głośne „Kurwa!”, a potem jego szpetne przekleństwo, którego wolę nie pamiętać. Jules wychylił się na moment zza furgonetki i trafił jednego z drabów, ale ten ciągle trzymał się na nogach. Najwidoczniej nie był tego faktu zbyt zadowolony bo chwilę później ranił Johna. Jego błędem było to, iż za bardzo się wychylił i został dobity przez jednego z ochroniarzy. Zostało trzech drabów z czego dwóch trzymało się razem, a trzeci ciągle męczył się ze swoją zaciętą bronią. Tych dwóch zatrzymało Vincenta w krzyżowym ogniu, ale na szczęście John wpadł na genialny pomysł: złapał jakiś kamień, który leżał obok niego i rzucił w stronę drabów krzycząc „Granat!”. Zrobił to na tyle przekonująco, iż tamtych dwóch uciekło w inne miejsce zanim zorientowało się, iż to był blef. Podczas dalszego podchodzenia Vincent został ranny, ale na szczęście to nie było nic groźnego. W międzyczasie bandzior z zaciętą bronią stwierdził, iż to nie ma sensu i rzucił się do ucieczki. Jules ponownie wychylił się zza furgonetki i zdjął uciekiniera jednym strzałem w głowę. Jules i John przesunęli się w głąb labiryntu samochodów, żeby zobaczyć, co dzieje się po drugiej stronie. Jeden bandzior ranny, a drugi walczy na pięści z Johnem. Ochroniarz próbował zdjąć jednego z nich, ale podczas wystrzału broń o mało nie rozpadła mu się w rękach. Zamiast niego więc Jules zdjął uzbrojonego bandziora. Walka była już niemal skończona, ale wszyscy zebrali się dookoła ostatniego rzezimieszka i Vincenta, którzy walczyli na pięści. Widać było, że z każdym kolejnym ciosem bandzior coraz bardziej traci kontakt z rzeczywistością. Ostatni prawy sierpowy Vincenta przypomniał Jules'owi taki film „Rocky”, który oglądał kiedyś Posterunku na kasecie VHS.

Niestety jak się okazało to byli początkujący bandyci, gdyż poza samopałami i jedną pozostałą kulą do nich nic przy sobie nie mieli. Trochę lepiej poszło Johnowi, gdyż czołgając się między samochodami znalazł dwa naboje pasujące do jego broni. Jules i Vincent wzięli te samopały mając nadzieję, iż będą w Miami warte na tyle dużo, iż zwróci się amunicja, którą stracili. Po zdjęciu blokady z drogi i zakopaniu ciał niedoszłych mafiozów karawana ruszyła dalej w stronę Miami.

Opis by Lombardo

Zaczęło się od niby prostej misji. Co tam. Przewieźć pewną kwadratową skrzynię z jakąś zawartością.

Choć nikt nie powiedział co to, można było dostrzec jakąś statuetkę zerkając między rozjechane dechy pudła i wystających trocin czy czegoś na ten wzór, bo drewno to raczej prodkut deficytowy w tym rejonie, zatem trociny to towar nawet bardzo wartościowy.

Zgodziliśmy się bez wahania i niebawem dołączyliśmy do karawany udającej się w stronę Miami. Karawana składała się z kilku pojazdów lekkich i ciężkich typu ciężarówka. Same pojazdy wyglądały topornie, ściekały olejem, brudem i świeciły golizną blachy; liczne wgniecenia, zarysowania i uszkodzenia świadczyły o poczciwym wieku owych pojazdów, nie mówiąc już o wypłowiałych malunkach gołych bab . Dobrze, że jedzie z nami Jules, bo jak coś sie spierdzieli to ma kto naprawić. Wszyscy uczestnicy wyprawy siedzą na pace ciężarówki, bo w tym skwarze nie da się usiedzieć w kabinie. Vincent siedzi na skrzyni pogwizdując w upale przedpołudnia Florydy jakąś pieśń rodem z filmu Czas Apokalipsy, Jules obmyśla jakieś plany konstrukcyjne, a John chichrając się do siebie liczy w głowie kasę za udaną akcję i co by tu jeszcze zakombinować, żeby dostać najwięcej jak się da.

Karawana lekkim zrywem zatrzymała się powodując, iż Vincent spadł ze skrzyni, Julesowi plany w głowie rozsypały się jak bułka tarta po stole, a John niewzruszony nadal liczył kasę.

Ktoś z przodu krzyknął, że jest blokada i trzeba ją przepchnąć. Naturalnie wszyscy my, zbyt bogaci doświadczeniem, od razu zwęszyliśmy pułapkę, ale co zrobić, blokadę przepchnąć trzeba.

Zeszliśmy z paki i przynajmniej Vincent stanął lekko zaskoczony skąd tu tyle samochodów ? Środek zadupia a tu kilka aut? Coś tu ewidentnie nie gra. Auta to był zlepek osobówek i pickupów poukladanych jakby w logicznym ładzie niż wypadkowym nieładzie, tym bardziej, że śladów zderzenia owych samochodów ze sobą - kurde na środku pustyni – nie było widać. Ewidentnie coś tu nie gra.

Vincent tylko zerknął na Johna kątem oka, chwycił się za kaburę i czujnie wypatrywał. Widać było, że John ewidentnie też stał nerwowo o Jules’ie nie wspominając, który rzucił w stronę Vincenta: Kur..a Vincent, nie podoba mi się to może by tak… i tu jego zdanie urwał dźwięk zza samochodów, ewidentny trzask metalu, po którym na masce stanął jakiś oprych krzycząc: „Zostawcie cały swój towar, a być może pozwolimy wam żyć”! po czym zeskoczył z auta i schował się za nim. Nie wiadomo było ilu ich tam się czai, wiadome było na pewno, że kliku ich bedzie, we dwóch raczej takiego samochodowego origami by nie ułożyli. Szef karawany zbyt szbko i zbyt pochopnie rzucił: „No chyba cie pojebało”.

Resztę już Lacky ładnie opisał ;)

Po całej walce John i Jules stali oparci o bok pickupa i z niedowieżaniem patrzyli jak Vincent skrupulatnie przeszukuje zbitego na kwaśne jabzo oprycha. John rzucił: Vinc, co tam tak szukasz? Gostek na pewno nie nosi przy sobie świerszczyków – śmiejąc się do Jules’a szyderczo.
Vinc odrzucił tylko, że potrzebuje zapalniczkę.
Zapalniczkę? Na Ch…j Ci zapalniczka?
Zobaczycie jak przyjdzie co do czego.

Odkiwnęli reką i zabierając się za przepychanie gratów usłyszeli Vincenta głośne i entuzjastyczne: K..a MAM! Uśmiechnęli się pod nosem i zabrali za przepychanie aut. Po czym Vincent stwierdził: śmiejcie się śmiejcie, ciekawe tylko czy któryś z was wpadł na to, żeby sprawdzić, czy jakiś z tych samochodów jest na chodzie ! Hehehe po czym usiadł pod drzewem i opdał z sił trzymając się za swoją ranną rękę.

Sesja z dnia 2016-11-29

Opis by CK

Dalsza podróż do Miami odbyła się tylko z jednym incydentem. Na jednym z postojów Vincent poszedł w las żeby się odlać i już nie wrócił. Karawana nie mogła czekać za długo na niego, uznano go za zaginionego i ruszyli dalej.

Downtown powitało dwójkę bohaterów zwyczajowymi mokrymi, ubłoconymi ulicami i wszechobecną zielenią. Odebrawszy zapłatę od ochrony karawany John i Jules zostali na środku ulicy. Ładne parę minut spędzili próbując od miejscowych dowiedzieć się gdzie jest pub Barney'a gdzie mają umówiony kontakt (o mały włos by ich też nie okradziono z dobytku). Koniec końców trafili na miejsce, niewiele mówiąc nie był to najpiękniejszy przybytek w mieście, ale nie po to tu byli.

Pomiędzy stolikami z gośćmi, grubym barmanem i osobliwą tablicą do zakładów na ścianie odnaleźli wąsatego Kubańczyka w kapeluszu, pasującego do opisu ich kontaktu. Rozmowa była krótka i Alonso (jak się przedstawił) ruszył przed siebie prowadząc naszych kurierów do pana Cantano.

Przeszli kilka ulic, kiedy bez słowa wyszło paru oprychów i otworzyło ogień, a przynajmniej próbowało, bo broń im się zacięła dzięki zbawiennemu klimatowi Miami. Wywiązała się walka…

Sesja z dnia 2017-01-10

Opis by CK

Zaciekła strzelanina jaka się rozpętała jest nie do opisania… Tym bardziej że po kilku strzałach wszystkim skończyła się amunicja i zaczęli walczyć wręcz. Jules i James trafili kilka razy, ale też sami zostali trafieni, Alonso za to w podejrzany sposób czmychnął pomiędzy napastników i zniknął za winklem.

Podczas strzelaniny plecak Jules'a zebrał też kulkę, co potwierdził dźwięk roztrzaskującej się ceramiki (figurka!). Sprawy zaczynały przypierać dość poważnie nieciekawy obrót, kiedy nieoczekiwanie nadeszło 5 typów uzbrojonych w pałki i maczety. Wrogowie tylko ich zobaczyli i wzięli nogi za pas, coś mamrocząc o mesesmanach (MSS - Municipal Security Service, coś w rodzaju podstawowej policji w Miami, ale bohaterowie tego nie wiedzieli). Nowi przybysze kazali się zakrwawionym bohaterom zabierać, bo wleźli w nieciekawą okolicę. Nie trzeba było im dwa razy powtarzać.

Dobry lokal? Oczywiście Siete Ciudades Oros, prowadzona przez typa noszącego wielki kapelusz i jakiegoś rodzaju „dywanik”. Bohaterowie zjedli, zasięgnęli trochę języka i zwinęli się do pokoju, gdzie jak okazało się, Jules jest całkiem godnym podziwu fleczerem i postawił ich obu na nogi w ciągu paru godzin.

Sesja z dnia 2017-01-19

Opis by CK

Jules i James przypomnieli sobie, żeby sprawdzić co stało się z figurka, którą dostarczają. Była w drobiazgach, a ze środka wysypało się coś co z wyglądu przypomina cukierki(!). James bardzo chciał je zjeść, ale Jules stanowczo się temu sprzeciwił. Później jeszcze Jules połatał swój karabin.

Następnego dnia bohaterowie wypytywali barmana w Siete Ciudades Oros o przeróżne rzeczy, głównie gdzie mogą szukać Alonso. Dowiedzieli się o zamkniętym targowisku Underground i że Miguel Cantano to wielka szycha w mieście. Poszli później do pubu u Barney'a, gdzie znowu próbowali pogadać z barmanem, ale niewiele się dowiedzieli, za to James kupił cukierki.

Usiedli do stolika i Jules ugiął się pod prośbami James'a o cukierka, że być może to jakiś grubszy towar i wart dużo więcej niż mają obiecane. Po drodze jeszcze James dla odwrócenia uwagi wystawił zakład o znalezienie najpiękniejszej kobiety w Miami. A z cukierkami okazało się że to zwyczajne cukierki anyżkowe, ale podczas operacji odwijania i zawijania, Jules zauważył że na papierkach są jakieś oznaczenia. Poszli na piętro lokalu, gdzie bez gapiów Jules po 2 godzinach prób poskładał papierki w mapę i przerysował ją na drugą kartkę.

Teraz mają niezły orzech do zgryzienia, czy dostarczyć przesyłkę, czy ścigać Alonso, czy zbadać temat mapy, czy w ogóle wszystko i w jakiej kolejności? Zasłyszeli też o 2 innych miejscach w downtown wartych uwagi - Miami arena (targowisko) i liga złomiarzy i łowców.

Sesja z dnia 2017-02-23

Opis by CK

James i Jules stwierdzili że spróbują dostarczyć figurkę, lub przynajmniej to co z niej zostało, ale zrodziło to ponownie pytanie „gdzie znaleźć tego całego Cantano?” Pokręcili się po okolicy rozglądając się za jakimiś ciemnymi typami, którzy być może coś by wiedzieli, ale bez skutku. Jules wpadł na pomysł, żeby spróbować dostać się do Underground'u.

Dotarli do budynku parkingu bezproblemowo, aż zbyt łatwo. Wkroczyli przez główne wejście i po kilkunastu krokach w półmroku zobaczyli dlaczego tak elegancko poszło - nic tu nie ma, a wejście w głąb jest zasypane tonami gruzu. Już mieli odwrócić się na pięcie i iść, kiedy zauważyli jakiegoś menela śpiącego pod ścianą. Ten zachrypniętym głosem domagał się Tequili, co nawet Jules mu obiecał w zamian na za info jak dostać się do środka. Nowy kolega nie był zbyt pomocny, ale wskazał bohaterom dość dobry trop - Underground jest „under ground” i nie wpuszczają tam każdego.

Kilkadziesiąt metrów od budynku był właz do kanałów. Jules z James'em zeszli w dół, popołudniowe słońce rzucało z góry snop światła w miejscu gdzie zeszli, ale ogółem było ciemnawo. Rozważania o braku latarki czy pochodni przerwał niespodziewany atak aligatora. Ostatecznie udało się przegonić gada kosztem paru ran i kul, lekko zestrachani bohaterowie mimo wszystko ruszyli w głąb kanału.

Szli wzdłuż ściany dobre kilkanaście metrów, ciemność ich otaczała, aż nagle Jules wydał dość donośne „brzdęk”, kiedy przylutował głową w coś przed nim, czego nie miał jak zobaczyć.

Sesja z dnia 2017-05-09

Opis by Lacky

Myślicie, że nic gorszego niż przywalenie głową w ciemnym kanale i wpadnięcie do tego szamba nie może się wam zdarzyć? Jules do niedawna też tak myślał jednakże życie wkrótce zweryfikowało jego wiedzę w tym temacie. Gdy tylko zaczął podnosić się z wody poczuł jak coś dużego spadło na niego i go przygniotło. Był to James, który w ramach solidarności w pechu również postanowił się potknąć i wpaść do kanału. Próbując się podnieść nagle oślepiło ich światło latarki. Chwila konsternacji, która wtedy zapadła wynikała z dość nietypowej pozycji, w której Jules i James zostali przyłapani.

W ciemności nie było widać kto stoi po drugiej stronie latarki, ale po głosie i krokach można było wywnioskować, iż jest to dobrze zbudowany mężczyzna, a po cieniu obok latarki można było się spodziewać, że właśnie trzyma w drugiej ręce konkretną spluwę. Tajemny przybysz okazał się być właścicielem aligatora, którego bohaterowie mieli okazję spotkać przy wejściu do kanału. Po zapewnieniu go, iż jego „puszek okruszek” żyje i nie skończył jeszcze jako część czyjegoś ubioru pokazał im drogę do Underground. Na chwilę przed rozstaniem okazało się, iż domorosły hodowca aligatorów pracuje dla Kantano. Po doświadczeniach z poprzednim przewodnikiem Jules i James postanowili jednak nie zdradzać tak od razu celu swojego spotkania z jednym z najpotężniejszych ludzi w tym zarośniętym mieście. Po przekonaniu jednak, iż jest to ważne zgodził się ich zaprowadzić do swojego szefa.

Po wyjściu z kanału okazało się, iż wybawca z kanałów świetnie nadawałby się na członka jakiegoś zespołu metalowego; jednego z tych, których James i Jules mogli oglądać na skrawkach jakiś starych gazet i plakatów. Okazało się, iż Kantano mieszka na najwyższym, czterdziestym piętrze swojej rezydencji, która była po prostu przejętym wieżowcem. Jedno jest pewne: Kantano może czuć się tu bezpiecznie. Samo przejście przez kilkadziesiąt pięter jest męczące, a wyobraźcie sobie teraz dodatkowo walczyć o każde z nich biegając z całym wyposażeniem.

Na spotkaniu z Panem Kantano okazało się zgodnie z przypuszczeniami, iż sama statuetka była jedynie formą opakowania, a najważniejsza była owa mapa, którą się otrzymywało po złożeniu papierków. Jak się jednak okazało owa mapa była… fałszywa. W tej chwili Jules przypomniał sobie jak męczył się z jej składaniem. Powiedzieć, że był w tej chwili w środku lekko zdenerwowany, to tak jakby powiedzieć, że holokaust był troszkę nie w porządku. Kantano jednak pomimo wszystkiego postanowił zapłacić obiecane 500 gambli na każdego.

Tuż po odebraniu wypłaty James i Jules mieli się już zbierać w drogę powrotną, gdy zatrzymał ich jeden z ludzi Kantano z informacją, iż szef jeszcze raz chcę się z nimi widzieć. Z jednej strony przed bohaterami stanęła wizja nowej roboty, a z drugiej 40 pięter… Po doczłapaniu się na górę Kantano złożył propozycję ciekawej współpracy: z racji „nietutejszego” wyglądu bohaterowie mają poszukać informacji o prawdziwej mapie do tajemnego Zaginionego Miasta, które miałoby wskazywać. Jako dowód istnienia owego miasta miało służyć jakieś stare przedwojenne zdjęcie, które równie dobrze mogło przedstawiać luksusowy kibel jednego z ranczerów, ale niech będzie.

Po zawiązaniu nowej umowy bohaterowie postanowili po pierwsze zakupić jakiś wózek ponieważ łącznie 1000 gambli było bardzo problematyczne w transporcie. Jules pamiętał o pewnym bezdomnym, któremu za pomoc w odnalezieniu wejścia do undergroundu obiecał butelkę tequili. Zanim ruszyli wydać zarobione gamble po drodze w jakimś przydrożnym straganie zakupili butelkę owego trunku i podarowali bezdomnemu. Jego twarz w chwili wręczania butelki sugerowała, iż gość zastanawia się czy aby po ostatnim trunku nie dostał halucynacji. Z wdzięczności na odchodne opowiedział on pewną historię o Eliaszu, który kiedyś w Miami głosił swoje dziwne teorie i kazania na ulicy. W pewnym momencie człowiek po prostu zniknął, ale zostawił po sobie grupę wiernych wyznawców, którzy nadal podtrzymują jego nauki o Zaginionym Mieście. Na chwilę przed zaśnięciem bohaterowie tworzą plan odwiedzenia o świcie tutejszych dzielnic biedy: miejsca podatnego na wszelkiego rodzaju kaznodziei i szarlatanów skłonnych za wierność obiecać wszystko.

Sesja z dnia 2017-06-20

Opis by Lacky

Gorąco. To pierwsza myśl, która przebrnęła przez myśl Jules'a po przebudzeniu. Okno pokoju hotelowego, w którym spali z Jamesem miało okna skierowane na wschód, co w połączeniu ze słońcem Miami sprawiało, iż spanie dłużej niż do 9 godziny rano ocierało się o masochizm. W rogu pokoju była podwieszona wentylacja, która jednak podobnie jak wiele innych zdobyczy poprzedniego świata wyzionęła ducha pamiętnego 5 września. Pora ruszyć na miasto w poszukiwaniu tej całej sekty sprawiedliwych. Jules miał ciągle w głowie słowa tego pijaczka, który ich pokierował do kanałów w poszukiwaniu wejścia do Underground, ale mimo wszystko warto poszukać również na własną rękę. Zapadła wspólna decyzja o ruszeniu w stronę zachodniej części miasta. Z każdym przebytym kilometrem urbanistyczna myśl przedwojennego człowieka wyraźnie ustępowała lasowi, który zaczął po tylu latach odbierać swoje dawne tereny. Z każdej możliwej szczeliny w asfalcie wyrastała jakaś roślina, która wraz ze swoim wzrostem rozsadzała pozostałości ludzkiego miasta. W pewnym momencie Miami bardziej zaczęło przypominać bardziej las z pojedynczymi ludzkimi siedzibami niż miasto.

Spacerując pośród takich domków Julesa i Jamesa napadły dwa dzikie psy. Jules szybko położył jednego swoim Springfieldem. Dużo gorzej ten dzień zaczął się dla Jamesa, który jeszcze chyba do końca się nie obudził i w chwili gdy chciał załatwić drugiego psa zamiast huku wystrzału usłyszał jedynie ciche „klik”. To jeden z tych dźwięków, który dla wielu jest jednym z ostatnich w ich życiu, a zwłaszcza u ludzi zbyt nerwowych, którzy miotają amunicją jak dziecko cukierkami (podobno przed wojną cukierki można było znaleźć na każdym rogu w oporowych ilościach). James nerwowo zaczął wyciągać swoją drugą broń, ale tym razem poczuł znaczny opór na spuście. W tej chwili przez jego zaspaną głowę przeleciało wspomnienie wczorajszego dnia niczym pocisk snajperski przez głowę gangusa. James zapomniał, iż jego broń jest zacięta. Jules widząc kłopoty towarzysza szybko i niezgrabnie wypalił w stronę drugiego psa. Nie dał oczywiście rady, go zabić, ale ranił go na tyle, iż ten zrezygnował z dalszej walki. James stał tak jeszcze chwilę z zaciętą bronią w ręku zanim zdał sobie sprawę co się właśnie stało.

Jules poklepał go po ramieniu i pokazał jakiegoś małego chłopca, który pojawił się za plecami dosłownie znikąd. Jego mowa była jedną wielką przeplatanką języków angielskiego i hiszpańskiego, ale z paru zrozumiałych fragmentów dało się zrozumieć, iż chłopak jest dozgonnie wdzięczny nieznajomym za pozbycie się tych psów. Jules postanowił, to wykorzystać i poprosić chłopca o przysługę w postaci zaprowadzenia ich do jakiegoś lokalnego kaznodziei. W dzielnicach biedy zawsze warto mieć jakiegoś lokalnego przewodnika. Chłopak nawijał przez całą drogę niczym ta katarynka. Na całe szczęście droga nie była zbyt długa i wkrótce James i Jules znaleźli się obok jakiegoś obozowiska lokalnych kaznodziei-uzdrowicieli. Ludzie nazywali ich „aniołami”. Kolejka do obozowiska przypominała Jamesowi te jakie widział w Salt Lake City i mając doświadczenia z tamtejszymi „wiernymi” wiedział, iż wielu z nich w pakiecie oprócz swojego bóstwa wyznaje również gamble. Z jego strony padła propozycja, by za drobna opłatę wkupić się w ową kolejkę by darować sobie czekanie, ale zanim doszło do utraty cennych gambli zapadła decyzja by wracać z tej wyprawy. Wszystko wskazywało, iż owe „anioły” nie maja absolutnie nic wspólnego z zaginionym miastem, a godzina spotkania z Kantano nieuchronnie się zbliżała.

Po paru godzinach powrotnego marszu dwaj bohaterowie ponownie stanęli przed wysoką na czterdzieści pięter siedziba Pana Kantano. Przy przekraczaniu progu budynku widać było drobne uśmieszki ochroniarzy, ale ciężko powiedzieć czy wynikały one z przydzielonego zadania, czy ostatniej „wyczynowej” wspinaczki bohaterów na najwyższe piętro budynku. Pan Kantano o dziwo był mile zaskoczony z informacji, które w sumie udało się Jules'owi wyciągnąć od lokalnego pijaczka. Kantano postanowił uruchomić swoje kontakty w mieście i w ten sposób sprowadził do siebie jednego z wyznawców sekty sprawiedliwych, którzy jak widać mają słabość do gambli jak każda inna religia w tym wypalonym świecie. Okazało się, iż wkrótce mają oni obchodzić jakieś swoje święto w ramach, którego zostaną pokazane jakieś pamiątki po ich założycielu, a wśród nich owa tajemnicza mapa, której nikomu jeszcze nie udało się rozszyfrować. Zadaniem naszego nowego znajomego jest w ekspresowym tempie uczynić z James'a i Jules'a wzorowych wyznawców. Na potrzeby tego zadania Kantano udostępnił jeden ze swoich domów położonych na Miami Beach. Po dotarciu na miejsce rozpoczęły się skondensowane lekcje nowej tymczasowej wiary głównych bohaterów wraz z planowaniem jak zdobyć mapę. Do święta zostało im mniej niż 48 godzin.

Sesja z dnia 2017-06-27

Rozwijanie postaci.

Sesja z dnia 2017-07-18

Opis by CK

Po kilku godzinach marszu przez zarośnięte miasto, bohaterowie dotarli pod bramy siedziby Kultu Zaginionego Miasta. Siedzibą okazał się być dawny klub tenisowy, z obrośniętym trawą kortem w centralnej części. Przy wejściu powitał ich brat Ambrozjusz i zrobił im szybki test czy aby na pewno są godnymi wstąpienia. Jules (podający się za Toma) zdał bez problemu, ale James nie zapamiętał tyle z treningu aby zdać poprawnie. Ostatecznie jednak zostali wpuszczeni, dano im obiad i posłano do pracy przy kopaniu grobów dla zmarłych braci. Zostali zaakceptowani bez większych problemów.

Następnego dnia było święto pamiątek, po śniadaniu wszyscy przeszli do osobnego budynku i przebrali się w odświętne stroje. Amos (szef kultystów) z podziemnego przejścia wyjechał ze szpitalnym łóżkiem pełnym różności, skąd każdy na ślepo coś wybierał i następnie o tym opowiadał. Jules wylosował zdjęcie grupy ludzi w kombinezonach w pomieszczeniu które wg opisu na zdjęciu być może było jakimś laboratorium energii atomowej, James jakby na potwierdzenie tego złapał licznik Geigera.

Po tym wszystkim kultyści poszli na obiad, a po powrocie miała być pokazana mapa do zaginionego miasta. Niestety kiedy wszyscy wracali do odświętnego pomieszczenia (dawnej szatni), obóz został zaatakowany przez jakąś militarną grupę. Wielu kultystów zginęło, budynki zostały podpalone. Bohaterowie w obliczu przewagi wroga ukryli się w szatni i stamtąd przeszli podziemnym tunelem do innego budynku, jak się okazało do mieszkań starszyzny. Kultyści broniący się na barykadzie posłali ich na wyższe piętro, gdzie jacyś wrogowie się udali i gdzie ma być mapa.

W istocie, dwóch żołdaków, pod wodzą wielkiego typa z niemieckim akcentem, palnikiem otwierali sejf z mapą. James i Jules skutecznie ich powstrzymali, ale ich szef okazał się być z twardszej (dosłownie) gliny ulepiony. Walkę przerwał wybuch i zapadnięcie się podłogi, która pochłonęła otwierający się sejf z mapą. Bohaterowie zanurkowali za nią, wyciągnęli ją z płomieni i uciekli wyskakując przez okno.

Sesja z dnia 2017-07-25

Opis by 2M1R

James i Jules po udanym zdobyciu mapy i umknięciu przed amatorami golonki z piwem trafili z powrotem do Kantano. Po krótkim i nieudanym negocjowaniu podwyżki, zostali wysłani przez szefa do dżungli na poszukiwanie miasta. Bohaterowie przed wyprawą udali się do Underground'u Ligi Złomiarzy i Łowców w celu poszukiwania kogoś kto mógł by zostać ich przewodnikiem. Po dwóch odmowach trafili do szefa Złomiarzy niejakiego Perro Argento który skierował ich do Sameus'a Bico Washington'a i jego milutkiego pieska. Sameus po małych negocjacjach zgodził się pomagać naszej dwójce. Następnie udali się na zakupy, aby przygotować się do wyprawy.

Sesja z dnia 2017-08-21

Księgowość RPGowa - podliczanie wielkich zakupów, rozliczenie finansów i obciążenia postaci.

Sesja z dnia 2017-10-10

Opis by Lacky

Bzyczenie komara… ten dźwięk towarzyszy bohaterom od czasu jak tylko wypuścili się w dżunglę Miami. Przez chwilę można pomyśleć, iż komary to jedyne żywe stworzenia, które tutaj przetrwały Dzień Sądu. Jules i James od jakiegoś czasu jedyne co oglądają to otaczająca ich z każdej strony puszcza i plecy Sameusa - trochę ekscentrycznego przewodnika, który prowadzi ich przez ten nieprzyjazny dla normalnego człowieka świat. Jedyne co choć trochę ułatwiło życie, to tajemnicza maź, którą Sameus codziennie zdobywa. Śmierdzi to gorzej niż kanały Miami, ale przynajmniej odstrasza komary. Monotonie marszu przerwał widok dymu za linią drzew. Było to o tyle dziwne zjawisko, iż teren bagien był podmokły, a wg wiedzy przewodnika w okolicy nie ma żadnej regularnie zamieszkanej ludzkiej siedzimy, z której mógłby pochodzić ogień. Bohaterowie ruszyli w stronę (jak podejrzewali) obozu innych podróżników. Zamiast tego zastali pobojowisko. Dookoła było pełno trupów, ale szczególną uwagę przewodnik zwrócił uwagę na płonącym pojeździe. Gdy tylko przez jego dziką naturę przedarła się myśl, iż to co płonie to cysterna. Sameus szybko rzucił hasło do ucieczki i chwile później za plecami bohaterów rozległa się potężna eksplozja, która zdawała się ogniem pochłaniać wszystko dookoła. (Sprostowanie MG: wybuch nastąpił zanim postacie dotarły na miejsce, a to przed czym uciekali to pożar po wybuchu rozniesiony podmuchem wiatru) Jedyne co uratowało bohaterów to sadzawka do której zanurkowali w chwili eksplozji. Gdy wszystko już się uspokoiło i wyszli na brzeg najbliższa okolica przypominała krajobraz niczym po wybuchu bomby. Po powrocie na miejsce eksplozji właściwie niewiele zostało. Po cysternie zostały jakieś kawałki powykręcanej blachy, a martwi jeżeli nawet mieli coś przydatnego przy sobie to spłonęło. Oględziny okolicy nie pozwoliły ustalić nic konkretnego co mogło tu się stać. Gdy cała trójka miała już odchodzić Jules zwrócił uwagę, iż ktoś chowa się nieopodal ze przeszkodą. Jules odruchowo wyjął broń, wycelował i kazał wyjść osobie z ukrycia. Ta jednak w panice zaczęła uciekać (pomimo, iż wyraźnie kulała). Jules już miał strzelać, ale w ostatniej chwili powstrzymał go James, który kazał Sameusowi obezwładnić uciekiniera jego bumerangiem.

Chwilę później niedoszły uciekinier leżał na ziemi przygnieciony przez Białasa i otoczony resztą bohaterów. Już pierwsze słowa od tego człowieka wydawały się jednocześnie bardzo dziwne i znajome. Chwilę później bohaterowie przypomnieli sobie o „sekcie Sprawiedliwych” do której to ponoć należał nasz nowy znajomy. Wg opowieści Emausa, ci ludzie tutaj należeli do jakiegoś dziwnego ugrupowania militarnego, w którym wszyscy nosili czerwone opaski na ramieniu z takim dziwnym czarnym symbolem. Opis jednoznacznie wskazywał Julesowi, iż to ta sama grupa, która zaatakowała siedzibę sekty. Wedle zeznań Emausa owa grupa miała mieć swoją kopię mapy i byli przez niego śledzeni od czasu wyjścia z Miami. (Sprostowanie MG: nie wiadomo czy Emaus śledził wrogów od wyjazdu z Miami, powiedział że ich napotkał w dżungli.) Rozbili w tym miejscu obóz i mieli czekać na inną grupę, ale gdy tamci się zjawili coś najwyraźniej poszło mocno nie tak, bo zaatakowali obóz. Wartym zapamiętania wydaje się opis osób sprawiających wrażenie przywódców (a przynajmniej wysokiej rangi członków) tej drugiej grupy. Bardzo „sprawiedliwa” kobieta posługująca się bumerangiem (zaskakująco Sameus stwierdził, iż to normalne wyposażenie w tej części świata) oraz towarzyszącego jej ogromnego człowieka z metalową ręką i szczęką. Jules przypomniał sobie w tej chwili potworne hybrydy ludzi i maszyn jakie Moloch wysyłał przeciwko Posterunkowi, ale ten tutaj wg opisu wygląda bardziej na cyborga niż zniewoloną machinę wojenną. W głowie Julesa ciągle była myśl, iż coś w tych zeznaniach nie pasuje, ale jeszcze nie był w stanie określić co dokładnie. Ponieważ zbliżał się zmrok postanowiono rozbić niedaleko miejsca eksplozji kolejny obóz z którego rano będzie można ruszyć dalej.

Sesja z dnia 2017-10-31

Opis by Lacky

Julesa obudziły kroki Sameusa krzątającego się po prowizorycznym obozowisku. Blady świt oznaczał, iż niedługo należy ruszać w drogę, bo dni w dżungli są bardzo krótkie. Zgodnie z planem Sameusa cała drużyna ruszyła w stronę tajemnego skrótu i przyjaciela przewodnika, który miał pomóc. W pewnym momencie wędrówki cała dżungla zrobiła się jakby ciemniejsza i znacznie mniej przyjazna. Nagle Sameus się zatrzymał i patrząc w stronę wejścia do wąwozu. Najciemniejsze slumsy i zaułki Las Vegas wydawały się w tej chwili Jamesowi całkiem przyjaznym miejscem w porównaniu do skrótu przez który mieli przejść. Sameus powiedział jedynie suche „Miejcie tu oczy dookoła głowy. Wielu nigdy nie udało się wyjść z tego wąwozu” po czym ruszył dalej. Jules wyjął i odbezpieczył swojego Springfielda w obawie przed najgorszym.

Chwilę po wejściu do wąwozu zapanował niemal półmrok i cisza… niepokojąca cisza, której nikt w lesie by się nie spodziewał. Wszyscy szli możliwie cicho nie rozmawiając ze sobą i wypatrując zagrożenia zza każdego mijanego drzewa. Jedyny Emaus zachowywał się jakby to był wycieczka krajoznawcza i co chwilę podziwiał okoliczną roślinność. Gdy Jules chciał przez chwilę przerwać marsz by popędzić Emausa zarwała się ziemia, na której wszyscy stali. Julesowi i Emausowi udało się uskoczyć, ale James i Sameus nie mieli tyle szczęścia i w ich stronę zaczęły pełzać dziwne robaki. Jules bez zastanowienia co się dzieje szybko wyjął line z plecaka, przywiązał ją do najbliższego drzewa, a drugi koniec rzucił w stronę Jamesa. Ten niemal odruchowo złapał line i w ekspresowym tempie zaczął się po niej wdrapywać. Cholera wie co to były za robaki, ale Sameusowi napędziły takiego stracha, iż postanowił on nie czekać, aż James wyjdzie i samemu się wdrapał po wystających korzeniach. Nie było jednak chwili na odpoczynek bo całe zamieszanie przyciągnęło jednego z tutejszych drapieżników. Na całe szczęście podczas szarży nikogo nie udało mu się trafić, ale to „coś” wyglądało w najkrócej mówiąc jak połączenie dzika, szczura i jakiegoś gada. Jamesowi wygląd tego zwierzaka musiał mu przypomnieć najwyraźniej o jakimś jego starym pupilu, bo próbował on zwierze oswoić (bestia była prawdopodobnie równie zdziwiona co reszta drużyny obserwującej zachowanie kolegi). Ostatecznie nic z tego nie wyszło i Jules zaczął strzelać w stronę bestii zanim James straci jedną z kończyn. Zwierze wkrótce padło, a kawałek dalej Sameus ogłosił odpoczynek uznając, iż dalsza wędrówka w pogłębiającym się mroku jest zbyt niebezpieczna. Wszyscy położyli się spać uznając, iż Białas zaalarmuje resztę w razie zbliżającego się niebezpieczeństwa.

Świt przywitał bohaterów widokiem martwego Białasa w kałuży krwi i brakiem Emausa w pobliżu. Po przejrzeniu plecaków wyszło również, że brakuje mapy. Sameus jedyne co dał radę ustalić, to iż „sprawiedliwy” Emaus ruszył prawdopodobnie dalej w głąb wąwozu i niestety był on już zbyt daleko by nagłe ruszenie w pościg za nim miało sens. Sameus pochował Białasa z należnymi mu honorami po czym wyjawił trochę swojej historii. Otóż on i jego znajomy - Harry, dawno temu byli w Zaginionym Mieście. Podczas powrotu jednak Harry wyłapał jakąś dziwną mutację przez którą zaczął zamieniać się w roślinę. Harry póki jeszcze mógł mówić postanowił pozostać w dolinie. Podczas wędrówki do miejsca, gdzie miał znajdować się Harry roślinność stała się na tyle gęsta, iż dalsza wędrówka bez wyrąbania sobie ścieżki maczetami była niemożliwa. Nie udało się jednak zbyt daleko zajść, gdyż nagle nad bohaterami pojawiła się tajemnicza mgiełka. Sameus szybko obwiązał sobie nos i usta kawałkiem szmaty. James i Jules bez pytania również zaciągnęli jakieś prowizoryczne maski ze swoich ubrań. Nim się spostrzegli dookoła nich pojawił się tajemniczy fosforyzujący proszek, a między drzewami udało się dostrzec zarys czegoś dużego i okrągłego, co skakało wśród koron. Gdy już tajemniczy obiekt wylądował przed bohaterami okazało się, iż jest to… wielki orzech. Nagle łupiny orzecha otworzyły się niczym małża, a w środku można było dostrzec rozkładające się ciało człowieka. Sameus bez żadnych emocji w głosie powiedział jedynie „To jest Harry. Zabijcie go.”. W głowie Jamesa i Julesa pojawiła się w tej chwili masa pytań i wątpliwości, które jednak zostały szybko rozwiązane, gdy Harry Orzech zaczął atakować swoimi „mackami”. Dla obu był to argument wystarczający by najpierw strzelać do Harry'ego, a potem ewentualnie zadać pytania co tu właściwie się stało. Orzech musiał przyjąć spore ilości ołowiu i ran (w porównaniu do człowieka) zanim padł. Gdy tylko to się stało Sameus szybko podbiegł i zaczął przeglądać zawartość łupiny Orzecha. Wyrwał z środka porośnięty mchem i pleśnią plecak Harry'ego, którego zawartość zaraz wysypał na ziemie. Z całej masy przegniłej zawartości plecaka Sameus wyjął jedynie jakiś dziwny kawałek blaszki. Jules popatrzył chwilę na owe znalezisko i przypomniało mu się, iż niektórzy inżynierzy w Posterunku używali czegoś bardzo podobnego przy rysowaniu planów jakieś mechanizmów. Chyba "Krzywik" na to wołali. Nie było jednak czasu na wyjaśnienia. Sameus schował krzywik do torby wspominając jedynie, iż jest to prawdziwa mapa do Zaginionego Miasta i musimy stąd szybko uciekać, a więcej opowie nam jak będziemy w bezpiecznym miejscu. Bez dalszego odpoczynku cała trójka skierowała się truchtem w głąb wąwozu. Nim się spostrzegli zrobiło się nagle jakby jaśniej, rośliny odzyskały swój jasno zielony kolor, a dookoła ich na nowo pojawiły się odgłosy leśnego życia. Sameus idąc już normalnym tempem marszowym znalazł dogodne miejsce na obóz. Następnego dnia o świcie ma się wyjaśnić sprawa owej tajemniczej mapy, która przez tyle lat przeleżała w plecaku Harry'ego Orzecha.

dopisek MG: ale rozbiją obóz jak wdrapią się na pagórek…

Sesja z dnia 2017-11-13

Opis by CK

Po wdrapaniu się na pagórek zobaczyli dość rozległy płaskowyż, skąd rozciągał się epicki widok na całą okolicę. Były tam również dość wyraźne ślady obozowiska, którego właściciel (Axel) wyłonił się z krzaków po chwili, celując w drużynę z karabinu. Napięta sytuacja dość szybko się rozwiązała jak okazało się, że Axel również pracuje/pracował dla Miguela Cantano, ze 2 miesiące temu był z inną ekipą wysłany na podstawie mapy do zaginionego miasta. Tylko on przeżył, pomijając to że kompletnie się zagubił. Mapę poznał Jules, była to ta sama wersja którą z Jamesem wieźli w formie papierków od cukierków.

Noc minęła spokojnie, o poranku Sameus zaprezentował jak użyć „mapy Harry'ego”, tzn blaszki z wyciętymi kształtami. Pozwoliła ona wytyczyć w linii prostej kierunek gdzie stąd znajduje się zaginione miasto. Jules wyciągnął kompas, zanotował wskazanie i byli gotowi do drogi. Spróbowali jeszcze zebrać jakąś żywność, ale dość nieskutecznie.

Po kilku godzinach marszu natrafili na ruiny dawnego spożywczaka „Seven-Eleven”, spędzili tam parę godzin dość wnikliwie przetrząsając zarośnięte pozostałości. Niewiele zapasów z tego wynieśli, jak na ironię: pieprz, sól i cukier. Mini lodówkę zostawili na miejscu, ale Jules zabrał i później doczyścił filtr wody oraz klawiaturę komputerową (wnioskując że w tym zaginionym mieście powinno być coś high-tech więc pewnie się przyda).

Wychodząc z ruin napotkali widok, który zamroził ich w miejscu - kilka metrów od ruiny przechadzała się puma. Zwierzę obserwowało bohaterów, ale nie ruszyło do ataku, przeszło spokojnie kilka metrów po czym oddaliło się w roślinność.

Przebyli jeszcze parę km i jak zmierzch się zbliżał, rozłożyli się na nocleg.

Sesja z dnia 2018-01-08

Opis by Silnik

„Cholera idę już tyle czasu i cały czas ich nie widać, mam nadzieję że dam radę ich znaleźć zanim wdepną w jakiś bajzel” - Myślał Luke, którego przemyślenia w tym dzikim buszu przerwał widok starej ciężarówki. Nie był to żaden specjalny transport, a nawet jeśli był to już dawno został splądrowany i nie było tak nic godnego uwagi, tylko jakiś stary rozwalony karabin który co najwyżej nadawał się na żyletki oraz wielka beczka kiszonej kapusty. Ale to nie był czas na obżeranie się, w dżungli zawsze można załatwić coś do jedzenia, a martwego człowieka się nie ożywi. Podczas dalszego tropienia, nagle Luke zobaczył sześciu leżących, a raczej martwych ludzi. Nie mając pewności co do przyczyny śmierci ludzi, wyjął swojego obrzyna i ostrożnie zbliżył się do ciał, nie były pokryte żadnymi ranami, ani postrzałowymi ani zadanymi przez zwierzęta.

Nagle w krzakach za nim usłyszał szelest, może mógł być to tylko wiatr, ale lepiej nie podejmować zbędnego ryzyka, więc szybko się obrócił się w stronę krzaków i wycelował tam swojego obrzyna. Po chwili zobaczył grupę ludzi, którzy ewidentnie na jego widok zareagowali normalnie jak na realia tego świata, czyli przygotowali broń, może powinien schować się w krzaki, uciec, ale możliwe że to ludzie, których szukał, a to było wartę zaryzykowania kulki. Jednak z obrzynem w rękach na taki dystans nie miał szans, dlatego zrobił niesamowity podbieg i stał już przed twarzami nieznajomych którzy, podobnie jak on, dobyli broń i teraz każdy mógł popatrzeć w głąb lufy broni. Teraz Luke mógł przyjrzeć się nieznajomym, była to zgraja najróżniejszych ludzi, mają ze sobą kogoś kto wygląda na typowego mechanika robocze spodnie i takie tam, gość przypominający gangstera z lat 30 z fedorą i czarnym garniturem jeszcze tylko dać mu jakiś stary karabin z talerzowym magazynkiem i mógłby pracować dla Ala Capone, przed ostatni z nich wyglądał jak ktoś kto przez ostatnie 2 miesiące siedział pod jakimiś głazami, oraz murzyna. Licząc na to iż ta zgraja to ci których szuka wywiódł się dialog, ta grupa nie wierzyła w żadne jego słowo, choć cały czas mówił prawdę, to jednak patrzyli na niego jak na wariata, na szczęście okazali się tymi których szukał i dali się przekonać i Luke zaczął przekazywać swoją wiadomość o grupie nazistów.

Po chwili już wszyscy zainteresowali się ciałami, po chwili oględzin można było stwierdzić 2 rzeczy: byli to ludzie z grupy nazistów, przed którą Luke chciał ich ostrzec oraz, że przyczyną śmierci było zatrucie jagódkami. Kiedy skończyła się polowa autopsja Luke zrobił to co musiał, wziął swoją pałkę i każdemu z nazistowskich ciał zasadził cios w zęby, a następnie zabrał po 1 od każdego martwego. Reszta grupy patrzyła na niego jak by właśnie zjadał im oczy na surowo, jednak nie mógł się wzruszyć, to częsty widok dla ludzi którzy po raz pierwszy spotykają się z takimi rytuałami, po za tym nie zważając na to trzeba go odprawić właściwie, nawet jeśli nie ma pewności czy działają.

Po chwili ruszyli razem, Luke szedł bardziej z przodu z Sameus'em, a za nimi reszta grupy, nagle powietrze przeszył przeraźliwy wrzask który nadchodził z kierunku w którym idą, po chwili wrzask ustąpił strzałowi. Za kilkadziesiąt minut zobaczyli ciało, leżało ono w krzaku z dziwnymi liśćmi od pasa w dół pocięte, ten krzak to był jakiś ostrolistny mutant, a w głowie miał pięć gram ołowiu. Po krótkim przeszukaniu Luke nie mógł odpuścić żadnemu trupowi i znowu zasadził cios w zęby by zabrać jeden z nich.

Kiedy dalej ruszyli w drogę, zbliżając się z każdą chwilą do celu gdy niespodziewanie Sameus został ranny w nogę, Luke nie wiedząc co się dzieje, czy to pułapka czy ktoś ich atakuje, sprawdził tylko czy krzaki po boku nie mają ostrych liści by nie przerobić ich na plasterki, i rzucił się w nie na szczupaka. Następnie rozpętała się prawdziwa walka, Luke wypatrzył gdzie coś ruszało się między krzakami i obrał go za cel, opracował już sobie plan by do niego dojść, w tym czasie jego nowi towarzysze niedoli dostawali wciry, na otwartej przestrzeni kule latały jak szalone, nic dziwnego że James dostał w głowę, a Sameus odczołgał się w krzaki by nie dostać następnej kuli.

Swoją drogą jeśli goniliśmy grupę nazistów to chyba to że czarna część drużyny szła z przodu co mogło ich dodatkowo sprowokować, ale to nie był czas na rozpamiętywanie błędów. Następnie wszyscy zaczęli przemieszczać się ostrożnie i konsekwentnie w stronę swoich celi by jak najszybciej pokonać przeciwników. Ale to czy pokonają tych rasistowskich szajbusów nie jest jeszcze pewne i tylko los pokaże czy załatwią zagrożenie.

Sesja z dnia 2018-02-05

Opis by CK

Strzelanina była kontynuowana. Nie bez znacznego wysiłku bohaterowie rozprawili się z kilkoma nazistami i już myśleli że mają chwilę wytchnienia, kiedy Axel i Luke wyszli kilka kroków w głąb dżungli i natrafili na kolejnego antagonistę. Axel był jak maszyna do zbijania tego dnia, jednym celnym strzałem utłukł dwukrotnie wrogów.

Trochę obok tego wszystkiego Sameus pożegnał ich i zawrócił w stronę Miami, tłumacząc że rana w nodze nie pozwoli mu ich dalej prowadzić. Powiedział że za następny kilometr dotrą do miasta, jak tylko przedrą się przez te zarośla.

Sesja z dnia 2018-04-16

Opis by CK

Kontynuacja walk, pojawił się pomysł aby się wycofać i iść inną drogą, jednak bez Sameusa zdolności tropicielskie ekipy mogłyby okazać się nie wystarczające.

Sesja z dnia 2018-05-14

Opis by Silnik

Po zakończeniu walki i krótkiej burzy mózgów Luke i jego towarzysze zaczęli rozkładać obóz. Najpierw wszyscy postanowili się posilić, Luke jako jedyny z grupy nie miał żarcia, ale to nie jest jego pierwsza noc w tych ostępach Florydy. Ruszając na trwające 15 min łowy udało mu się znaleźć jedzenie które można podzielić na trzy posiłki, jeden zjadł od razu. Po tym jak każdy najadł się tutejszymi frykasami przyszedł czas na ustalenie wart.

Pierwsza warta przypadła Lukowi, przez całe dwie godziny warty nic się nie wydarzyło. Kiedy zakończyła się jego warta, postanowił obudzić Axela który leniwie wstawał bełkocząc coś o misiu. Kiedy nareszcie Luke dobudził Axela rozłożył się w swoim namiocie i zapadł w sen. Następnego ranka Jules zaczął łatać wszystkich dzięki czemu nie trzeba było obawiać się już o swoje rany. Następnie wszyscy spożyli śniadanie, a Luke obawiając się o szybko znikające zapasy żywności ponownie wyruszył na łowy. Były niespodziewanie udane, Luke znalazł aż 1,5 kilograma żywności. Po powrocie do obozu podzielił żywność między siebie i swoich towarzyszy dając Julesowi i Axelowi po 0,5 kilograma żarcia. Żywność nie była już problemem, ale Luke nie miał żadnych zapasów wody, na szczęście Axel podzielił się z nim swoim zapasami. I gdy wszyscy byli gotowi do drogi Axel pokazał na piasku plan pozbycia się jednego z drabów.

Po złożeniu obozowiska wszyscy po cichu gęsiego ruszyli w kierunku kamienia obok skarpy. W krzakach oddalonych o parę metrów od kamienia wszyscy zeszli do parteru i zaczęli się czołgać przez dzikie ostępy widząc jedynie tyłek osoby czołgającej się przed sobą. Wtedy Axel zwrócił się do Luka by ten nie wychylał się do momentu gdy wróci. Po chwili Axel wrócił i przekazał Lukowi instrukcje jak ma się przemieszczać oraz ma je przekazać Jamesowi i Julesowi. W momencie gdy ruszyli wszystko potoczyło się dość szybko, Luke w towarzystwie Jamesa i Julesa kryli się za kamieniem a Axel przygotowywał się do strzału snajperskiego ukrywając się za krzakiem obok. W tym momencie odgłos wystrzału rozszedł się po okolicy. Axel trafił to było pewne, ale przeciwnik żył i pewnie już planował swój ruch. Luke odruchowo wiedząc co ma robić wyskoczył jak ze sprężyny dwoma susami dobiegł do brzegu skarpy i padł jak długi by nie ułatwiać trafienia siebie na i tak odkrytej pozycji. Oponent który właśnie zarobił kulkę spojrzał na Luka i bez namysły wycelował i strzelił, gdzieś obok Luka piasek eksplodował lekko do góry. Następny strzał oddał Axel znów trafiając przeciwnika, z kolejną dziurą przeciwnik podjął próbę ucieczki. Jednak wtedy do akcji wkroczył James który zastraszył uciekającego wroga, ten stanął jak wryty i wyglądał jak by popuścił w gacie. Kiedy tylko James skończył zastraszać tego gościa, nie wiadomo skąd padł strzał który poleciał prosto w głowę Axela, co trochę pokrzyżowało plan dalszej ofensywy. Następnie nie zwracając uwagi na obrażenia Axela, ani nowego przeciwnika Luke podskoczył o kolejne kilka metrów i położył się w krzakach tuż obok zakładnika. James zaś rozpoczął kolejną przemowę która nakłoniła zakładnika do oddania broni. Reakcja jego sprzymierzeńców była nieoczekiwana, gdyż nazwali go zdrajcą i zaczęli do niego strzelać. ,,No i chuj strzelił plan wzięcia zakładnika i szantażu reszty grupy„- pomyślał Luke, który teraz wraz z resztą grupy musi uratować jeńca samemu nie ginąc.

Sesja z dnia 2018-05-28

Rozwój postaci itp.

ostatnio zmienione: 2018/11/15 13:10