Ukryta cena

Jak daleko człowiek się posunie, żeby osiągnąć swoje cele? Prosta sprawa zaciągnąć pożyczkę, kiedy wiadomo że wynik inwestycji przyniesie odpowiednio większy zysk.

U wybrzeży Iscobal unosi się lewitująca platforma, jej skarby nieosiągalne dla stąpających po twardej ziemi. Czyżby?

Przygoda w Numenera dla początkujących postaci, na bazie jednej z przygód z podręcznika podstawowego.

System

  • System RPG: Numenera
  • Modyfikacje systemu/settingu/mechaniki: odległości w walce liczone wg siatki, dozwolone rasy poza ludzkie

Terminy i info

  • Termin następnej sesji: zakończone
  • Miejsce następnej sesji: -
  • Regularność spotkań: co tydzień
  • Gdzie koordynowane/metoda kontaktu: lista mailowa

Gracze i postacie

  • Mistrz gry: Cyber Killer
  • Limit graczy: 2/4
  • Grają:
    • Radek od CP - Yzzo Apud, strong glaive who fights with panache
    • Dhaerow - Timbul, clever jack who crafts illusions
    • Enigma - Chilly, swift jack who controls beasts

Zapis wydarzeń z sesji

Sesja z dnia 2016-03-14

Tworzenie postaci

Sesja z dnia 2016-05-16

Opis by CK

Chilly i Timbul siedzieli w knajpie „pod trzema złamanymi psami” w Mulen, stolicy Iscobal nad mapą prowadzącą do niezbadanej ruiny. Niezbadanej ponieważ znajduje się 80km od lądu i 900 metrów w powietrzu. Nie mając ani sprzętu ani finansów sytuacja wydawała się patowa, ale przyjazny karczmarz polecił im skontaktować się z niejakim Dracogenem, który sponsoruje różne wyprawy.

W istocie tak było, niezmiernie przyjazny i przewidujący Dracogen przyjął bohaterów na śniadaniu, przedstawił bardzo trywialne warunki współpracy (chce móc zbadać jakiekolwiek Numenera jakie znajdą) i kazał im przyjść za 2 dni. Resztę popołudnia Chilly spędziła próbując okraść jakichś uczciwych mieszkańców miasta szklanych wieżyc, co niezupełnie się udało.

Już następnego dnia Dracogen przysłał po nich wysłańca, a gdy przybyli dał im nietypowe Cyphery, pozwalające latać. Aby jeszcze bardziej ułatwić dotarcie na miejsce, postacie postanowiły podłynąć bliżej na jakiejś łodzi rybackiej. Już za drugim podejściem udało im się dojść do porozumienia (prawdopodobnie, gdyż rybak nie potrafił mówić) i popłynęli na miejsce.

Kiedy byli pod platformą, uruchomili cypherowe plecaki latające i w ciągu kilku minut (i paru zawirowań, bo obsługa nie była aż tak trywialna) byli na lewitującej platformie. Tam nie było nic ciekawego poza pojedynczą wieżą, z dziwnym włazem. Uporali się z zamkiem dość szybko i weszli zbadać wnętrze. Tam znaleźli wiele szklanych i kryształowych cypherów, oraz uniknęli spadającego ostrego kolca/stalaktytu. Za to nie uniknęli starcia z dziwnym przeciwnikiem który wydawał się być zrobiony z cienia, walka wyglądała kiepsko do czasu aż Timbul nie użył swojego emitera promieni śmierci, któ©ego trzymał na czarną godzinę i potwór rozpłynął się w powietrzu.

Rybak nie czekał na nich na wodzie, więc ruszyli lotem w stronę Mulen.

Opis by Enigma

Mało kasy, ciągle mało, dużo więcej by się zdało…

Siedzieliśmy sobie z moim kumplem Timbulem przy kufelku bąbelido, kupionym za niemal ostatni grosz. W kieszeniach płótno, żarcia dla mojego saskii o imieniu Kotek ledwie na trzy dni. Bieda. Rozmyślaliśmy właśnie nad sposobami napełnienia sakiewek, kiedy Kotek przylazł z przechadzki po mieście z ludzkim ramieniem w pysku. Ramię nadal trzymało kartkę. A konkretnie mapę. Mapę z zaznaczonym punktem w zatoce.

Zaintrygowało nas to co nieco; jak coś zaznaczają na mapie, to zwykle jest to coś ważnego. Podumaliśmy, podumaliśmy, w końcu kumpel pociągnął za jęzor karczmarza – przy pomocy kolejnego kufelka bąbelido. No i czegóż się dowiedzieliśmy? To zaznaczone coś to platforma fruwająca sobie nad wodami zatoki. Nikt nie wie, skąd się tam wzięła, kto i kiedy ją wybudował i co na niej jest. Hmmm, bardzo to intrygujące. Karczmarz okazał się jeszcze bardziej pomocny, bo widząc nasze zainteresowanie, skierował nas do niejakiego Drakogena, dziwnego osobnika mieszkającego za miastem i pasjonującego się w dziwnościach. Cóż było robic, jako że sami nie znaliśmy sposobu na dostanie się na platformę, trzeba było powlec się do tego Drakogena. Rzeczywiście dziwny typ. Nie ufam mu za grosz. Ale przynajmniej dał nam śniadanie, saskii pojadł coś innego niż buszujące przy karczmie laki. A następnego dnia czekały na nas przygotowane wdzianka (dla nas dwojga i dla Kotka też) do latania w powietrzu. Przyznam, że rzadko się widuje takie super sprzęty. To stanowczo lepsze niż grzejące rajtki, które noszę w plecaku na wypadek mrozu. Czekała też na nas umowa, bardzo dziwna. Drakogen chciał obejrzeć wszystko, co znajdziemy na platformie. Nie powiem, nie bardzo mi się to podobało. Kumpel jest nieco naiwny, łyknął treśc umowy jak saskii lakiego, ale ja byłam ostrożna.

OK, teraz trzeba było się dostać jak najbliżej platformy. Czyli najlepiej łodzią. Na wybrzeżu kumpel próbował dogadać się z jednym starym rybakiem, ale głupio przyznał się, że wybieramy się na poszukiwanie artefaktów. No i staruch zaśpiewał 50 monet za przewóz! Zgłupiał totalnie! Jakbyśmy wyglądali na bogaczy! Oczywiście kazaliśmy mu się wypchać słomą i szukaliśmy dalej. No i był tam jeden łysy, z żelastwem na czaszce, w dodatku gwizdał zamiast gadac. Niemota jak nie wiem co. Ale dał się zbałamucić. Nagadałam mu, że kumpel to mój braciszek, ma akurat urodziny i obiecałam mu przejażdżkę łodzią. Kosztowało nas to co prawda 5 monet – spłukaliśmy się na całego – ale popłynęliśmy. Ja głaskałam łysego po stalowym czerepie, a kumpel udawał że zarzuca sieci. Dotarliśmy tak w pobliże platformy, ubraliśmy wdzianka i ziuuuu! w górę. A tam… prawie nic. Prawie. Bo była tylko piramidka z włazem. Na szczęście wewnątrz piramidki walało się trochę staroci, w większości zepsutych, ale co nieco udało się zebrac. Dokładne oglądanie zostawiliśmy na później, bo napadło na nas coś. Coś było mgliste i miało wielkie zębiska, którymi usiłowało nas capnąc. Próbowaliśmy to ukatrupić wszystkim, co mieliśmy pod ręką – na nic. Ani strzały, ani nóż, ani sisk, ani zęby i pazury saskii nie działały na mglistego potwora. Na szczęście, zanim nas pożarł, zniknął tak jak się pojawił. Nie czekaliśmy na kolejnego, daliśmy nogę z platformy i dolecieliśmy aż do wybrzeża, bo łysy ze stalowym czerepem zniknął.

Sesja z dnia 2016-05-23

Obładowani łupami, powędrowaliśmy do Drakogena. Nadal mu nie ufałam, tym bardziej, że ten typ zażyczył sobie, żebyśmy zostawili mu wszystkie artefakty do obejrzenia do następnego ranka. Bez zabezpieczenia, bez zaliczki, bez gwarancji. Niestety, Timbul wcześniej zgodził się na te warunki, więc nie mieliśmy już nic do gadania. Postraszyłam tylko Drakogena konsekwencjami, gdyby nas oszukał – poszczułabym go moim saskii, a ten już by go urządził. Śniadania już tym razem nie dostaliśmy, saskii coś zwędził z kuchni, a Timbul ze stołu, i poszliśmy.

Żeby nie było za słodko, w drodze powrotnej, w gęstej jak warzące się bąbelido mgle, zostaliśmy napadnięci przez czterech opryszków. Czterech na dwoje plus Kotek – tego już za wiele. Stanowczo daliśmy im to do zrozumienia. A właściwie do poczucia. Timbul dzielnie powstrzymywał trzech, podczas gdy ja i ranny saskii dobijaliśmy czwartego. Resztę wykończyliśmy na spółkę. Jedyne co, to wzbogaciliśmy się o kilka sakiewek z paroma monetami, cztery liche pancerze i cztery noże. No i kolejną parę grzejących rajtek. Ciekawe, po co nam one latem.

Pancerze poszliśmy od razu sprzedać. Nie obyło się bez przygód, bo Timbul błysnął głupotą i zaczął opowiadac rzewną historyjkę, jakoby pancerze należały do dzielnych wysłanników Bursztynowego Papiestwa, no i został oskarżony o zamordowanie tychże. Wysłanników, nie pancerzy. Musiałam użyc całej dyplomacji i trochę się wygłupić, żeby go wyciągnąć z tarapatów. Przy innym straganie znów sprzedał tą samą bajeczkę, na szczęście tym razem skuteczniej. Ja sprzedałam jeden pancerz jako zabawkę dla saskii, druga uległa zeżarciu podczas pokazu (który najwidoczniej spodobał się tłumowi, bo parę monet zarobiłam). Sprzedaliśmy też noże, było za co chlupnąć bąbelido i wynająć pokoik na kolejną noc.

Rankiem odzyskaliśmy nasze artefakty od Drakogena. Nic na szczęście nie ukradł, ale odkupić też nie chciał, drań jeden. Siedzieliśmy z ponurymi minami w karczmie, zastanawiając się, gdzie upłynnić łupy, gdy wtem znów pojawił się mglisty potwór i zacisnął zębiska na plecach Timbula. No, mniej więcej na plecach. Potworzysko najwidoczniej się na nas uwzięło, a ciężko to ukatrupic, nawet przy użyciu najlepszej broni. Noże niewiele dają, łuk też, nawet saskii nie dał rady wgryźć się w potworzysko. Na szczęście, zniknęło równie nagle, jak się pojawiło. Jedyne rany odniósł Timbul, zaszedł nawet do medyka, ale gdy usłyszał cenę zabiegu, doszedł do wniosku, że sam się wyleczy.

Karczmarz doradził nam upłynnić łupy na targu lub u kolekcjonera, mieszkającego w lepszej części miasta. Wspomniał też o katakumbach, gdzie spotykają się grube ryby. Chciałam tam iśc od razu, ale karczmarz wspomniał że to niebezpieczne i Timbul stchórzył. Co za kiep z niego, to co niebezpieczne dla karczmarza, nie musi być niebezpieczne dla nas! A pewnie i tak wylądujemy w katakumbach, bo na targu udało nam się ledwie wymienić parę artefaktów na inne przydatne przedmioty. W zasadzie nic wspaniałego, stragan słabo zaopatrzony, najciekawsze co było to… kolejne grzejące rajtki.

No nic, wdepniemy jeszcze do tego kolekcjonera, a potem zwiedzimy katakumby.

Sesja z dnia 2016-05-30

O poranku następnego dnia, ponownie pod drzwiami czekał posłaniec od Dracogena i zaprosił ich na śniadanie. Okazało się że Dracogen chce zlecić parze bohaterów odzyskanie skradzionego artefaktu, jego informacje wskazują że ukradł go człowiek o imieniu Millian. Delikatnie naciskając że w sumie Chilli i Timbul są mu to winni (i obiecując zapłatę) wysłał ich do miasta.

Bohaterowie od karczmarza dowiedzieli się, że pewien sprzedawca dziwności na rynku miewa dobre dojścia do informacji i może im pomóc w znalezieniu Milliana. Ofc był to ten sprzedawca u którego handlowali dzień wcześniej. Okazało się że Millian mieszka parę budynków obok, oraz że nie są pierwszymi którzy o niego pytają. Jakaś Ehvera również go szuka przez swoich ludzi.

Dostać się do kamienicy gdzie mieszkał poszukiwany nie nazbyt było prosto, ale nie ma tego złego co skok przez okno nie naprawi. Na 2 piętrze spotkali Milliana, który zareagował dość strachliwie i od razu zaczął barykadować drzwi krzycząc coś o tym że Ehvera go nie dostanie. Jak postacie sforsowały drzwi to rzucił jakieś urządzenie które rozpyliło masę gazu/dymu, a w środku czekał jeszcze osiłek. Sam Millian ratował się skokiem z okna. Sprytny Timbul pobiegł zaraz na dół żeby go dogonić, ale zanim wydostał się z budynku to ludzie Ehvery schwytali Milliana.

Tu nastąpił dramatyczny pościg ulicami Mulen, trop urwał się przy wejściu do katakumb. Ostrożnie Chilli wraz z Timbulem badali zakamarki podziemi, aż natrafili na grupę oprychów. Ci nie stanowili większego problemu, ale zaraz po nich pojawiła się jeszcze większa grupa, a wraz z nią kobieta ubrana w czarny lateks - Ehvera.

Podczas dość (o dziwo) pokojowej rozmowy okazało się że Millian (który skamlał u jej stóp) faktycznie ukradł artefakt, ale z jej kolekcji, więc Dracogen niezupełnie mówił prawdę. Timbul nakłonił Ehverę do negocjacji, podczas których opowiedział historię jakoby byli wysłannikami papieża. Korzystając z chwili nieuwagi (cała zasługa po stronie Seskii) ich oponentki podmienił artefakt na iluzję, którą sam złożył i udali się do wyjścia.

Jak tylko iluzja straciła działanie, tzn po kilkunastu krokach to nastąpił kolejny dramatyczny pościg, tylko tym razem to Timbul i Chilli byli w roli ściganych. Udało im się skryć pomiędzy budynkami i dość spokojnie przeszli przez miasto. Napotkali pościg czekający na nich kawałek za bramą miejską po drodze do Dracogena, gdyż Ehvera przeczuwała że to dla niego pracowali bohaterowie. Udało im się ponownie wymknąć i dotrzeć do domu swojego pracodawcy, który to dom był niczym forteca…

Tam jeszcze wynegocjowali lepszą zapłatę za ten cały kłopot, ale to już szczegóły…

THE END

Dyskusja

ostatnio zmienione: 2016/06/14 20:36